Zafascynowana tą książką, uzależniona od słów i obrazów, jakie maluje przede mną Karl Ove Knausgard, opowiadam wszystkim, że ta książka jest o niczym. A to wielka nieprawda. Tak, jak wielką nieprawdą jest to, że małe rzeczy, pierdoły, które wypełniają naszą codzienność nic nie znaczą. Nasze życie składa się z miliarda pierdół, a wydobycie ich na światło dzienne i podniesienie ich do rangi „rzeczy, o których warto pisać”, to dla mnie wielka wartość tej książki.

Karl Ove Knausgard

Knausgard – mistrz uważności

Niebo wypełniało się fantastycznymi formacjami chmur, oświetlonymi – każda z osobna – w wyjątkowy, niepowtarzalny sposób, a ponieważ tego, co widzi się zawsze, nie widzi się nigdy, żyliśmy pod stale zmieniającym się niebem, nie poświęcając mu żadnej myśli ani spojrzenia.

Jestem przekonana, że właśnie w tych  szczegółach codziennego życia, wielu czytelników czuje wspólnotę z innymi ludźmi („tak! ja też tak mam!”). Z drugiej strony, pieczołowitość, z jaką Knausgard odtwarza codzienność sprawia, że czuję się „usprawiedliwiona”, delektując się każdą chwilą. „Rozkminiając” każdy moment i patrząc na swoje codzienne, zwykłe życie jak na materiał do bestsellera. Bo tym właśnie jest. I to udowodnił swoją prozą Karl Ove Knausgard.

Jeśli tata był poza domem albo w swoim gabinecie, gadaliśmy głośno i swobodnie, gestykulując tak zamaszyście, jak tylko chcieliśmy; jeżeli wchodził po schodach, automatycznie ściszaliśmy głos i zmienialiśmy temat rozmowy, gdy rozmawialiśmy o czymś, co jak przypuszczaliśmy, nie będzie mu odpowiadało; jeśli wchodził do kuchni, w ogóle przestawaliśmy się odzywać, siedzieliśmy sztywni i wyprostowani, jakby zatopieni w myślach o jedzeniu; jeżeli natomiast usiadł w salonie, dalej rozmawialiśmy, ale już ciszej i ostrożniej.

Norweski ekshibicjonizm?

„Moja walka” to powieść autobiograficzna. Autor jest do bólu szczery. Obnaża swoje uczucia, stany ducha, myśli, zachowania swoje i swoich bliskich. Pisze bardzo szczerze o relacjach w rodzinie i wśród znajomych. Tak szczerze, że podobno kilku z nich groziło mu procesem. Przenosi się w czasie między okresem dzieciństwa, młodości i czasem teraźniejszym. Każdy traktuje z równą dokładnością i szczerością. Np. rodzicielstwo:

 

Łzy napływają mi do oczu, kiedy patrzę na piękny obraz, ale nie wtedy, kiedy patrzę na moje dzieci. To nie znaczy, że ich nie kocham, bo kocham je całym sercem, to oznacza po prostu, że sens jaki ze sobą niosą, nie jest w stanie wypełnić życia. Przynajmniej mojego.

Skandynawski strumień świadomości

Próbowałam sobie jakoś racjonalizować, tłumaczyć skąd moja fascynacja tą książką. Jedyny niezwykle racjonalny argument jest taki, że intryguje mnie (i nie tylko mnie przecież) Skandynawia. Chłodna, ekskluzywna, społeczeństwo doskonałe i ta jego mroczna strona. Kto nie chciałby zajrzeć do typowego skandynawskiego domu i podsłuchać, o czym rodziny rozmawiają przy śniadaniu. Taką możliwość daje nam właśnie Knausgard. Trochę to materiał „rozczarowujący” (a może raczej „odczarowujący”), bo o żadnym idealnym społeczeństwie nie ma tu mowy. Ludzie kochają się, nienawidzą, ranią, zazdroszczą sobie, wstydzą się i budują swój wizerunek, mniej więcej tak jak u nas. Rodzice są tak samo nieudolni, a dzieci tak samo męczące. Ludzie tak samo pragną miłości, nie umieją się z nią obejść, a problemy z emocjami topią w alkoholu.

Kiedy go widziałem (ojca), potrafiłem określić, w jakim jest humorze, a w pewnym sensie ta wiedza była najważniejsza. Znałem jego nastroje i już dawno nauczyłem się je przewidywać za pomocą czegoś, co później nazwałem rodzajem podświadomego systemu kategoryzacji, w którym stosunek między kilkoma stałymi wielkościami wystarczył do stwierdzenia, czego mogę oczekiwać, tak abym mógł poczynić przygotowania. Coś w rodzaju meteorologii umysłu…

To, w jaki sposób ta książka jest napisana, przypomina mi efekt codziennych porannych stron, czyli ćwiczenia na kreatywność rekomendowanego przez Julię Cameron w książce „Droga artysty”. Dla mnie to wspaniałe ćwiczenie, które rzeczywiście zmniejsza aktywność wewnętrznego krytyka. Chodzi o to, żeby codziennie rano, najlepiej tuż po przebudzeniu, zapisać odręcznie ok.4 strony swojego strumienia świadomości. Czyli wszystko co przychodzi nam do głowy. Bez autocenzury. Wszystko jak leci, każdą bzdurę, pierdołę i wstydliwe refleksje. Ciekawa jestem, czy Karl Ove słyszał o tym ćwiczeniu…

PS. A o tym, czemu ta książka zmieniła moje życie napiszę kiedy nie będzie to dla mnie ekshibicjonizmem 😉